Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finanse osobiste. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finanse osobiste. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 marca 2013

Natixis Global Retirement Index


Jedna z międzynarodowych firm zajmujących się asset management – Natixis Global, obwieściła światu, że Polska jest na 36 miejscu pod względem jakiegoś tam wymyślonego przez nich wskaźnika, który pokazuje jak dobrze będzie się nam żyło na emeryturze. Miejsc było 150. Czyli teoretycznie jest nieźle… Ale w praktyce… Jak to w praktyce.

Metodologia tego badania jest tak pokrętna, że w ogóle niewiarygodna. Mierzono cztery obszary (zdrowie, finanse, dobrobyt i jakość życia). Te obszary mierzono z kolei poprzez inne wskaźniki. Ale jak to całe mierzenie się odbywało, czym dokładnie, na jakich danych źródłowych, za jaki czas i jak standaryzowano – trudno się tego doszukać. Do tego autorzy badania nie mówią jasno, czy Natixis Global Retirement Index mierzy „teraz” czy pokazuje przewidywania na przyszłość, a jeśli tak, to w jakiej perspektywie. Każdy rozsądnie myślący Polak powinien raczej odrzucić taki wskaźnik. A już tym szybciej go powinien odrzucić, jeśli weźmie pod uwagę jak naprawdę, realnie wygląda życie polskich emerytów i jaki ewidentny bałagan panuje w naszym systemie emerytalnym.

Problem niestety jest taki, że jeden z dzienników pokazał ten indeks z tytułem „Polscy emeryci dość bezpieczni”, co jest… bardzo niebezpieczne. Mniej świadomym obywatelom, którzy nie poddadzą pod wątpliwość metodologii badania zamorskiej firmy Natixis Global z Bostonu, ani tego, że jego wynik dla Polski jakoś tak nijak przystaje do realiów, taki tytuł daje do zrozumienia, że wcale nie jest tak źle. Że nasza przyszłość nie wymaga, aby się na niej koncentrować, bo jest jakoś zabezpieczona. Takie tytuły mogą łatwo uśpić powoli budzącą się świadomość Polaków, że sami muszą zadbać o swoja emeryturę, bo nikt, a już na pewno żaden państwowy system emerytalny, tego nie zrobi.

Co ciekawe, teza, że „każdy jest odpowiedzialny za siebie, również w kwestii emerytury” nie wynika w żaden logiczny sposób z badania. Co prawda badanie w sposób bardzo tendencyjny pokazuje to na czym zależy firmie Natixis tzn. aby przyszli emeryci przekazali jej swoje pieniądze w zarządzanie. Ale – co bardzo zaskakujące w tej całej niewiarygodności – wspomniana teza jest ze wszech miar prawdziwa. I to właśnie przesłanie „emerytura – umiesz liczyć, licz na siebie” powinno się pokazywać Polakom, a nie pisać „Polscy emeryci dość bezpieczni”.

wtorek, 19 marca 2013

Wpływ palenia na wysokość emerytury


Czasem słyszy się tezę, że aby odkładać na emeryturę, trzeba mieć z czego. W domyśle: tylko bogaci mogą sobie pozwolić na oszczędzanie. Frazes ten często jest powtarzany bez zastanowienia...

Źródła dodatkowego dochodu na czas po 65 r. mogą być dwa: można być krezusem lub być konsekwentnym. Z opcji pierwszej chciałby skorzystać każdy, lecz nie każdy może. Z opcji drugiej może skorzystać każdy, lecz nie każdy chce. Opcja pierwsza jest bardzo trudna w realizacji, bo zależy od wielu czynników, na które nie mamy wpływu, podczas gdy opcja druga zależy właściwie tylko od jednego czynnika, który zresztą całkowicie kontrolujemy – od naszej wolnej woli.  Jeśli będziemy systematyczni i konsekwentni, nawet najdrobniejsze kwoty (przysłowiowa złotówka dziennie), dadzą nam porządne uzupełnienie emerytury. Jak to zrobić?


  1. Rzucić palenie. 13,5 zł za paczkę papierosów, z której zrezygnujemy 3 razy w tygodniu daje nam 162 zł miesięcznie. Pieniądze niewydane można w ramach przypominania sobie dziecięcych lat, najzwyczajniej w świecie wrzucić do specjalnie zakupionej skarbonki.
  2. Założyć specjalne konto, w którym przy płatności w sklepie drobne pieniądze są automatycznie przelewane na konto oszczędnościowe.
  3. Ustawić stałe zlecenie przelewu na konto oszczędnościowe bez względu na wysokość zarobków. Wartość przelewu nie musi być duża – ważne, żeby przelew był stały.
  4. Robić dziecku kanapki do szkoły zamiast codziennie wydawać mu kieszonkowe na słodkie bułki. Nie dość, że zadbamy o to, czy dziecko zdrowo je, to zaoszczędzone „kanapkowe” pieniądze możemy odłożyć, np. na studia czy dodatkowe kursy naszej pociechy.
  5. Warto też zacząć korzystać z porównywarek cen – nie tylko produktów, ale też usług. Różnice w cenach mogą być gigantyczne.
  6. Kupować na wyprzedażach.
  7. itd. itp. 

Metod może być tysiąc, a ich wachlarz bez problemu dopasujmy sobie sami, w zależności od trybu życia jaki prowadzimy. Po prostu za każdym razem, gdy mamy wydać jakieś pieniądze, niech odezwie się w nas wewnętrzny Szkot. Zadajmy sobie proste pytanie: czy mogę to zrobić taniej? Zaoszczędzoną różnicę, choćby najmniejszą, odkładajmy w ustalonej wcześniej formule oszczędzania (konto oszczędnościowe, skarbonka, specjalna przegródka w portfelu). Osoby potrzebujące pozytywnego wzmocnienia i motywacji marchewkowej mogą raz w miesiącu podzielić oszczędności na pół, z czego jedną połowę wydać na przyjemności. Druga zostaje w maszynie oszczędzającej. Przez kilka lat uzbiera się tyle, że będzie można zrobić z pieniędzmi coś konkretniejszego i zainwestować: kupić jednostki TFI czy wejść w asset management.

czwartek, 28 lutego 2013

Opóźniony zapłon w oszczędzaniu

Tytuł z pierwszej strony Rzeczpospolitej z 26 lutego: Kryzysowe oszczędzanie. Podtytuł: Mimo wyraźnego spowolnienia gospodarczego oszczędności Polaków gwałtownie rosły. Zastanowić się warto nad jednym słowem… a mianowicie warto się przyjrzeć słowu mimo. Dlaczego? Bo sugeruje ono jakiś wielki wyczyn: sukces, choć trzeba było pokonać przeszkody, zwycięstwo, choć nie było łatwo. Tymczasem – jeśli nad tym się niżej pochylić – wzrost oszczędności Polaków w kryzysie jest dowodem na coś smutnego: że Polak w finansach, tak jak i na innych polach swojej działalności, jest mądry po szkodzie, reaguje zawsze z lekkim opóźnieniem. Okazuje się, że oszczędzamy dopiero ze strachu i wtedy, gdy tak naprawdę zaczyna nam się powodzić troszkę gorzej lub istnieje spore ryzyko, że tak właśnie będzie. Jest na pewno niejeden Polak, który decyduje się na odkładanie dopiero wtedy, gdy  pracodawca z powodu złej sytuacji obcina mu pensję. Zakłada, że skoro zaczęło być  źle, to za chwilę może być  jeszcze gorzej. Budżet, który ma do dyspozycji taka osoba, zostaje więc przycięty z dwóch stron: ubytek pensji z jednej strony, a zablokowane kwoty przeznaczone na oszczędności z drugiej. W ten sposób w skali całej gospodarki wydatki na konsumpcję w gorszych czasach spadają dużo bardziej niż wynikałoby to tylko ze spadku wynagrodzeń. A sytuacja mogłaby być zgoła inna … Bo Kowalski nie ma wpływu na to, że szef obcina mu pensję, ale ma całkowity wpływ na swój własny portfel. Mógłby w ramach zarządzania tym portfelem nie mrozić swoich pieniędzy w oszczędnościach. Mógłby – gdyby tylko oszczędzał wcześniej – wtedy, kiedy szef dawał mu podwyżkę. Dobrze byłoby, gdybyśmy byli mądrzy nie przed szkodą, nie po szkodzie, ale w tym właściwym momencie.

środa, 20 lutego 2013

Bardzo zależna niezależność


Wydaje się, że świadomość jak działają poszczególne instytucje finansowe oraz jakie podstawowe haczyki mają ich produkty, jest wśród Polaków coraz większa. Oczywiście nadal wiele osób bez zastanowienia zgadza się na drogie konto walutowe, aby tylko uzyskać wyższe niż bez tego konta oprocentowanie lokaty lub w ciemno kupuje jako inwestycję ubezpieczeniowy fundusz kapitałowy, który polecono mu w OFE. Bezrefleksyjne inwestowanie nadal niestety się zdarza. Ale z drugiej strony, szczególnie teraz, kiedy każdy bardzo szanuje każdą złotówkę oszczędności, coraz więcej osób sprawdza szczegóły, zadaje dodatkowe pytania. To bardzo dobrze. Tak samo jak dobre jest to, że powstają specjalne narzędzia i usługi, które ułatwiają analizy i porównania.

No właśnie. Każdy, kto jest spokojny, bo sprawdził usługę lub produkt finansowy w porównywarce lub u niezależnego doradcy i wybrał najlepsze podpowiedziane rozwiązanie, powinien natychmiast swoje błogie zadowolenie przerwać.

Dlaczego? Z  kilku powodów.
Pierwszy jest taki, że należy mieć świadomość, że doradcy i porównywarki sprzedają produkty tylko tych instytucji, z którymi się „dogadały”. Trzeba więc sprawdzać, z iloma współpracuje ten pośrednik/ta porównywarka, której chcemy zaufać. Może się okazać, że na rynku są produkty dużo lepsze dla nas, ale po prostu nie zostały wzięte pod uwagę. Nie wybraliśmy więc opcji najlepszej.

I druga sprawa. Porównywarki i pośrednicy pozwalają wybrać opcję najlepszą, to fakt. Ale najlepszą dla… nich. Jeśli już zasiądziemy w  wygodnym fotelu u doradcy lub przed ekranem komputera i uradujemy się zapewnieniem „doradzamy/porównujemy bezpłatnie”, zadajmy sobie od razu pytanie: nie zarabiacie na mnie, więc na czym zarabiacie? Otóż instytucje takie zarabiają na prowizjach otrzymywanych od instytucji finansowych. Stąd tylko jeden krok do konstatacji – bardzo słusznej zresztą – że doradca/porównywarka zasugeruje nam zakup tego produktu, na którym zarabia najwięcej. I ten produkt nam wciśnie. Tutaj wybraliśmy opcję najlepszą – tylko niestety raczej nie dla siebie.

Koniec końców okazuje się, że nawet instytucje, które tak dumnie obnoszą się ze swoją „niezależnością” i obiecują „obiektywizm”, trzeba oglądać przez lupę.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono w Money Makres

Myślimy o inwestowaniu i szukamy możliwości. Szukając trafiamy w gąszcz, istną dżunglę tysiąca produktów. Na ogół nie mamy zielonego pojęcia, który tak naprawdę mógłby ewentualnie być dla nas. Oczywiście, większość osób intuicyjnie czuje, że kocha ryzyko lub się go boi. Ale prawda jest taka, że trudno ocenić samego siebie i często, gdy zaczynamy drążyć, okazuje się, że jesteśmy innymi ludźmi niż nam się wydawało. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Jest sposób inwestowania, który ten psychologiczny paradoks bierze pod uwagę – Money Makers.

U Money Makresów, zanim powierzamy im jakiekolwiek pieniądze, przechodzimy test – porządny, rozbudowany, dobrze skonstruowany metodologicznie, pozwalający wyeliminować efekt, zgodnie z którym podczas badań uczestnikom zdarza się odpowiadać tak, jak chcieliby siebie widzieć, nie tak jest naprawdę. Ten test Money Makers zawiera aż 26 pytań, więc pozwala dość dobrze poznać zarządzającym kim jesteśmy i jaką mamy osobowość inwestycyjną. Pytania ujawniają wiele rzeczy, m.in. to, jak duże ryzyko chcemy mieć w naszych inwestycjach. Jednocześnie każdemu typowi osobowości przypisana jest strategia. Jest to strategia rekomendowana przez Makersów, najlepiej odpowiadająca naszej osobowości inwestycyjnej. Ale nie ma żadnego obowiązku, aby się na tę rekomendowaną strategię decydować, bo ostateczna decyzja zawsze należy do inwestora. Money Makersom, co w sumie dość dobre, zależy jednak na tym, żeby decyzja o zamianie strategii rekomendowanej na inną była podjęta mądrze. Wg Money Makers inwestor musi mieć  świadomość , że odchodząc od strategii rekomendowanej wchodzi w poziom ryzyka i potencjalny zysk inny niż określony dla niego i że może to przynieść rezultaty inne niż się spodziewał. Dopiero potem, po uzyskaniu informacji o naszej osobowości inwestycyjnej przekazuje się pieniądze do inwestowania.

Jeśli przyjrzymy się rynkowi usług finansowych, w tym przede wszystkim inwestycyjnych, to okazuje się, że wszyscy chcą coś sprzedać, wcisnąć mówiąc, że jest to do nas idealnie dobrane. Ale jak może to być prawda, skoro nikt nie spytał nas najpierw, czego naprawdę potrzebujemy? W Money Makres mają trochę inne podejście, więc szansa, że dostaniemy coś naprawdę dopasowanego do nas jest większa.

piątek, 8 lutego 2013

Renta hipoteczna

Odwrócona hipoteka, renta dożywotnia… Usługom, które kryją się pod tymi terminami, nadal brak ram prawnych. Bez względu jednak na to, jak długo będzie trwać tworzenie i porządkowanie tych ram, oraz jak wiele energii temu procesowi zostanie poświęcone, warto zastanowić się czy w ogóle uwzględnianie takiej możliwości na lata emerytury ma sens.

W dużym skrócie i bez wnikania w szczegóły: usługi odwróconej hipoteki czy renty dożywotniej są przeznaczone dla osób starszych, a polegają na tym, że bank czy inna instytucja finansowa zobowiązują się do wypłacania seniorowi co miesiąc określonych kwoty pieniędzy, w zamian za co senior, w momencie swojej śmierci, przekazuje bankowi (lub innej instytucji) swoje mieszkanie lub dom. Pomysł jest prosty i na pierwszy rzut oka dobry. Wizja dodatkowych kilkuset zł miesięcznie może być kusząca zarówno dla niejednego emeryta obecnego, jak i dla niejednego emeryta przyszłego. Emeryt przyszły jest jednak w tej dobrej sytuacji, że do emerytury ma trochę czasu i odwróconej hipoteki może i powinien starać się uniknąć.

Dlaczego? Trzeba wiedzieć, że zgodnie w wyliczeniami, jako seniorzy związani umową o dożywotnią rentę, otrzymamy w wypłatach tylko kilkadziesiąt procent wartości naszej nieruchomości (wg danych udostępnionych Fundusz Hipoteczny Dom firmie Home Broker ok. 30-35%). To bardzo mało. Okazuje się więc, że 2/3 naszego mieszkania bankowi oddajemy za darmo! Trudno nazwać to inaczej niż nierozsądnym marnotrawstwem i wyrzucaniem swojej własności w błoto. Co jednak z potrzebą kilkuset dodatkowych złotych w okresie emerytury? Tę kwestię można rozwiązać bardzo prosto. Te same pieniądze, które dałaby nam odwrócona hipoteka, można po prostu zabezpieczyć sobie z innego źródła. Wystarczy odpowiednio wcześnie zacząć oszczędzać, a jeszcze lepiej inwestować wybierając lokaty czy obligacje, a w przypadku TFI czy asset management decydując się na bezpieczne strategie.

Warto też zastanowić się nad inną kwestią – dla wielu osób pewnie podstawową. Czy traktujemy nasze mieszkanie jako cztery ściany? Czy może jest to bardziej „nasz dom w mieszkaniu”? Jeśli to drugie, to czy potrafimy wyobrazić sobie, że nie zostawiamy mieszkania dzieciom? Ten niepoliczalny, emocjonalny czynnik tym bardziej przekonuje, żeby zamiast z renty dożywotniej czy odwróconej hipoteki pieniądze na emeryturę wziąć z oszczędności i inwestycji rozpoczętych dużo wcześniej.

środa, 6 lutego 2013

Moneyback

Problem istnieje od dawna, ale wielka afera jest dopiero teraz – pewnie dlatego, że czas od początku roku minął szybko i za chwilę trzeba się będzie rozliczyć z podatku. Chodzi o moneyback. Sprawa jest trochę dziwna, ale bez względu na swoje szczegóły dowodzi jednego: że klient większości instytucji finansowych zawsze koniec końców zostaje sam i sam musi sobie radzić.

Banki uważają, że jeśli zwrot jest jednorazowo niższy niż 760 zł, to nie muszą przekazywać PIT-8c. Z kolei służby podatkowe sądzą co innego – że są to przychody klienta, na których Państwo ma prawo położyć swą wielką dłoń. Kuriozalne jest co prawda, że służby podatkowe same się ze sobą nie zgadzają, bo jak podaje wp.pl, Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu wydał w pojedynczej, konkretnej sprawie interpretację zgodną ze stanowiskiem jednego z banków, jednak tę niespójność trzeba pominąć. Niestety obowiązują stanowisko, wypowiedziane przez MF jest takie, że klient zapłacić musi.

Właśnie – musi zapłacić klient. Banki mają swoich prawników, którzy temat dawno rozpracowali, i wiedzą, że nie poniosą żadnych konsekwencji. Co więcej, można raczej iść o zakład, że wiedziały o ewentualnych komplikacjach dla swoich klientów od samego początku wielkiej kariery moneyback tj. od momentu, kiedy zorientowano się jaką moc marketingową to rozwiązanie ma. Problem jest tylko taki, że banki nie informowały swoich klientów, że w związku z moneybackiem ci ostatni mogą takie problemy mieć. Nie informowały, bo reklamowy wabik na klientów straciłby swoją cudowną moc.

Więc klient, który przez cały ostatni rok kochał pieniądze, które wydane wracały jak bumerangi, zostaje sam jeden jak palec i nie wie, co powinien teraz zrobić. Jeśli wykluczymy opcję, w której któraś z instytucji zlituje się jednak i zacznie wydawać PIT-8c (a wykluczyć taką opcję z dużym prawdopodobieństwem możemy, gdyż wydawanie wszelkiego rodzaju druków to dla banków raczej zamieszanie i większe lub mniejsze koszty) zostają dwa wyjścia. Jedno – być porządnym obywatelem i podsumować moneyback widniejący na wyciągach bankowych. Drugie – być porządnym obywatelem, ale zastanowić się z jakiej okazji ma być tak, że trzeba podatek płacić niejako podwójnie. Bo przecież – tak na chłopski lub babski rozum – za zakupy nie płaci się kaszą manną a zarobionymi pieniędzmi, które przecież fiskus, w sposób odwieczny i tradycyjny, i tak opodatkowuje. A jeśli później wydajemy w opcji moneyback, to, co do nas wraca nie jest prezentem, bonusem z nieba, czy wygraną na loterii, ale czymś, co już było nasze i co już podatkiem zostało objęte.

Wniosek jest jeden. Będąc dobrym obywatelem (w jednej lub drugiej formule) przy tej konkretnej okazji, warto być także, przy następnych rewelacjach podsuwanych przez banki, krytycznym klientem.

PS. Cashback to trochę nieprecyzyjny termin w kontekście zamieszania z Ministerstwem Finansów, bo tradycyjnie oznacza zupełnie coś innego niż zwrot części pieniędzy za dokonane zakupy kartą czy online. Oznacza usługę „bankomat w kasie”, czyli wypłatę gotówki w momencie płatności kartą za zakupy w tradycyjnym sklepie.